– Wsadź mi go w tyłek – powiedział z pogodną prostodusznością Ernesto (…). Tym wyrazistym i precyzyjnym zdaniem chłopiec objawił nieświadomie to, co wiele lat później, po wielu doświadczeniach i cierpieniach, miało stanowić o jego „stylu”: to docieranie do sedna rzeczy w rozgrzanym do białości palenisku życia, z pominięciem przymusów i zakazów, bez omówieni i nadmiaru słów, bez względu na to, czy chodzić miało o rzeczy przyziemne i powszechne (choćby zakazane), czy o takie, które uważane są za „wzniosłe” i umieszczając je wszystkie – tak jak to robi Natura – na tym samym poziomie.
Nie unikniemy porównań do Śmierci w Wenecji Tomasza Manna. Tak jak w przypadku Aschenbacha, bohatera Śmierci, i jego afektu do niepełnoletniego Tadzia, czy też dla samego starzejącego się Manna i chłopca z hotelu w Zurychu, podobnie w przypadku Ernesta mamy do czynienia z zakochaniem chorego, siedemdziesięcioletniego starca, Saby, na szpitalnym łożu śmierci, w kilkunastoletnim, pięknym i niesfornym młodzieńcu, bohaterze jego powieści. To wspaniale napisana, krótka, delikatna, krucha, ważna opowieść była zdaniem samego twórcy, uznanego za życia i podziwianego poety z „miasta na drugim brzegu”, jak zwykł metaforyzować Saba swój Triest, „niepublikowalna”, a jej treść została udostępniona dopiero w dwadzieścia lat po śmierci autora, dzięki staraniom córki. Co o tym zadecydowało i czym różniła się od wydanej za życia Manna Śmierci?
Aschenbach uwznioślał piękno, kryjąc pożądanie pod przykrywką hellenistycznych wzorców. W Erneście piękno jest powszednie. Mann dbał, a nawet przesadzał z przyciężkim symbolizmem – Saba postawił na bezpośredniość. U Manna główną rolę grała niegroźna dla innych starość (jakże groźna dla samych starców!) – Ernesto prowokuje i obnosi się ze swą młodością. Wenecja jest martwym miastem, a grzech udaremnia stan u progu śmierci – Triest to żywe i gwarne miasto portowe, wszystkie pokusy miasta są obecne. Wycofanie, domknięcie, przeszłość – aktywność, nieporadność, otwarta przyszłość. To przekroczenie dawnej, dopuszczalnej formuły mówienia o homoseksualnej miłości, którą Mann jeszcze zachował, stało się największą obscenicznością u Saby. Zarazem to samo wyjście z formy sprawia, że Śmierć zdaje się dziś atakować martwota literacka (choć nie czytelnicza), Ernesta czyta się jak małe, nadal żywe, aktualne arcydzieło.
Mann pisał swą nowelę w młodości, nadając jej zamknięty, doskonały kształt przynoszący na myśl trumnę unoszącą się na wodzie. Saba pisał leżąc w szpitalu, ostatkiem sił, oczekując końca, a jego niedokończona powieść – zwłaszcza jej ostatnia część – jest obietnicą życia, spotkaniem dwóch młodych ludzi, które „było wydarzeniem niezwykłym, takim, jakie może zaistnieć, choć wcale nie musi, raz tylko jeden w ciągu całego stulecia i w jednym tylko kraju”.
P.S. Innym skandalem niepublikowalności były fragmenty spisane friuliańską gwarą, wyzwaniem dla włoskiej tradycji literackiej. My na szczęście mamy świetne spolszczenie Jarosława Mikołajewskiego, który, jak sam twierdzi, nie starał się ugładzać języka powieści, co sprawia, że „niektóre zdania są przez to jak schody usiane zapadniami lub tkanina pozaczepiana o kolce”. Taka niewygładzona powierzchnia potrafi
![]() |
| Umberto Saba, Ernesto, tłum. J. Mikołajewski, Czuły Barbarzyńca 2019. |

Brak komentarzy