Henry James, pisarz, amerykański ekspata w Anglii (gdzie kolegował się ze współczesnymi mu pisarzami, m.in. z Conradem), brat filozofa, był - jak twierdził Graham Greene - ostatnim pisarzem XIX wieku.

Nie otworzył się pod koniec życia na modernistyczne nowinki, chociaż pojęcie „strumienia świadomości” zaproponował jego starszy brat filozof, William; nigdy nie umieścił głosu narracji w głowie bohatera i pozostał przy tkaniu misternych sieci moralnych między ludźmi, przy wyzyskiwaniu i oświetlaniu tła, które jednostkę osaczało, obiecując niejedno i zdradzając ją raz za razem.

Nie inaczej było w przypadku Placu Waszyngtona, gdzie z pozoru prosta historia „oni się kochają, ale z niego trochę oszust, więc ojciec przeciwstawia się małżeństwu”, społeczna igraszka z wyższych sfer, nabiera nieoczekiwanych szlifów. Dążąc do ukazania (choć nie wprost!) skomplikowanych motywacji ludzi próbujących wytaczać własne ścieżki pośród wiążących ich ograniczeń, autor pozostaje wierny swej literackiej dewizie: „Uchwycić prawdziwe nuty i podstępy życia, jego dziwnie nieregulowany rytm – oto usiłowania, które utrzymują fikcję na nogach”. Z galerii postaci tej noweli zapaść w pamięci może wdowa po panu Pennimanie, która podobnie jak Emma Bovary wiedziona pragnieniem „życia jak z romansu” wykoślawia dróżki życia i prowadzi wprost do katastrofy, której ofiarą nie będzie ona sama, lecz jej bliscy.

Greene twierdził, że wraz ze śmiercią Jamesa zniknęła z literatury angielskiej świadomość religijna, a zatem i doniosłość ludzkich czynów. Obserwując stupor, w którym tkwią bohaterowie Placu Waszyngtona, z punktu widzenia życia zakończonego raz na zawsze w chwili śmierci, nie sposób oddać sprawiedliwości ludzkich czynów, tak jak być może nie potrafimy jej oddać naszym własnym działaniom. Tu, sugeruje James, potrzeba innej perspektywy.

Henry James, Plac Waszyngtona [w:] tegoż, Opowiadania nowojorskie, tłum. B. Kopeć-Umiastowska, W.A.B. 2012.

 

Brak komentarzy