esencjonałki

Strony

  • Strona główna
  • O mnie

września 22, 2020

Osierocona planeta (Andri Snær Magnason, O czasie i wodzie)

Piątego lutego nad Antarktydę nadciąga fala upałów. Następnego dnia stacje meteorologiczne notują rekordową temperaturę dla kontynentu – 18,3°C. Anomalia utrzymuje się do trzynastego lutego, w tym czasie na Wyspie Orła, jednej z wysp Półwyspu Antarktycznego, roztapia się ok. 20% sezonowej pokrywy śnieżnej. Na wielkich połaciach zmarzliny rozlewają się chłodne stawy. To trzecia fala upałów tego lata, po grudniowej i styczniowej. Podobnych temperatur nie było tu ani razu w XX wieku.

W sierpniu media informują o upałach na Grenlandii, a popularność zyskuje zdjęcie brodzącego w płytkiej wodzie psiego zaprzęgu ciągnącego sanie wykonane w 2019 roku. Jezioro jest ogromne, miękkie światło odbija się w cyjanowej wodzie, w tle mrocznieją błękitem pruskim sylwety gór. Naukowcy z Ohio State University informują, że pokrywa lodowa Grenlandii topnieje tak szybko, że nawet radykalne spowolnienie procesów globalnego ocieplenia nie będzie w stanie jej uratować. Badacz Arktyki Jeremy Mathis komentuje kurczenie się czapy lodowej na półkuli północnej: „Tracę możliwość komunikowania wielkości zachodzących zmian (…). Brakuje mi już przymiotników mogących opisać zakres zmian, które obserwujemy” (The Wilson Quarterly). Część doniesień medialnych ignoruje zagrożenia związane z podnoszeniem się poziomu mórz.

Jedenastego września świat przygląda się fotografiom rdzawego, miedzianego i pomarańczowego nieba nad San Francisco będącego efektem kolejnych wielkich pożarów na zachodnim wybrzeżu USA. Można powiedzieć, że w okolicy miasta jedynie ocean jeszcze nie płonie. Dym zasnuwa świat, dzień miesza się z nocą. W sieci pojawiają się memy porównujące miasto do scen z „Łowcy androidów” – katastroficzna przyszłość już nadeszła. Australia, Kalifornia, Syberia, Boliwia, Kolumbia Brytyjska – ich lasy i busze to wielkie ofiary XXI wieku. Brazylia karczuje tropikalną dżungli pod uprawy soi sprzedawanej do China na paszę dla świń. Wielkie Rafy Koralowe obumierają, a wzrost temperatury i zakwaszenia wody na skutek zanieczyszczenia dwutlenkiem węgla zagraża planktonowi, który produkuje połowę tlenu planety.

Świat się podgrzewa, dusi i umiera, a nasz język czyni nas ślepymi na szybko zmieniająca się rzeczywistość. W środowisku naukowym panuje konsensus, tabelki i wykresy kodują śmierć milionów, ale greenwashing kapitalizmu i język mediów co najwyżej pokazują śmierć kilku fok u brzegu Syberii i „inwestycje ekologiczne przemysłu naftowego”. Dążeniu do sensacji oraz klikalność w internecie lubują się w wyszukiwaniu nieistniejących „kontrowersji” i opiniach złych języków. Media przykrywają rzeczywistość pstrokatą zasłoną ze zdań i niejasnych pojęć. Granice mojego języka oznaczają granice mego świata – zmiana tychże granic to dla Magnasona rzecz najpotrzebniejsza. Oraz etyczna powinność ludzi od słów, specjalistów od komunikacji – pisarzy.

Magnason, pisarz, poeta i aktywista pisał „O czasie i wodzie” przez dziesięć lat zainspirowany niemą wiedzą naukowców, troską o własne dzieci i znikający świat swoich dziadków. Jak opisać to, co do tej pory niewłaściwie opisywano? W wywiadach przyznaje: „Znajomi (…) pytali mnie, czy jestem pewien, że w rzeczywistości nie piszę paru książek naraz: jednej o babci, drugiej o klimacie, trzeciej – wywiadu rzeki z Dalajlamą”. (TP 36/2020). No cóż, pisze, i czytelnik do końca nie odnajdzie komfortu spójności, brakuje tu finezji największych eseistów. Lektura nie będzie jednak czasem straconym. O czym zatem jest jego książka i jakich sposobów opisu próbuje?

Po pierwsze jest to apel i manifest ekologiczny. „Słowa, które miały objaśniać rzeczywistość, zawisają w bezradnie w powietrzu, niezdolne do wyrażania czegokolwiek, podręczniki w ciągu jednej nocy stają się przestarzałe, wywracają się drabiny społeczne”. Przed dwoma laty minęła 150-ta rocznica wydania Manifestu Komunistycznego – Magnason podobnie apeluje do globalnego audytorium i operuje pojęciami konieczności dziejowej. Po drugie, jest to przypowieść o poszukiwaniu języka dla czasu mitologicznego – bo nagłość zmian, które powinny raczej obejmować tysiąclecia zamiast dziesięcioleci, oraz ich istotność sprawia, że żyjemy w czasach końca i (jakiegoś) początku. Autor przypomina m.in. apokalipsę skandynawskiej mitologii, Ragnarok: „Słońce czarnieje, ziemia w morzu tonie, znikają z niebios jasne gwiazdy…”. Po trzecie, Magnason szuka drogi do zmiany w ludzkim zaangażowaniu w sprawy bliskie, rodzinne, krojone na ludzką miarę – abstrakcje katastrofy ekologicznej, czasu historii naturalnej i modele naukowe to dla większości z nas nieczytelny biały szum. Łącząc życia swych najbliższych, babek i dziadków, z życiem wnuków swojej córki wskazuje na granice ludzkiej miary czasu. Wreszcie, po czwarte, to relacja z dążeń zaangażowanego „społecznika” i ekologa, który uczy się od większych od siebie (Dalajlama, kuzyn ratujący gatunki krokodyli, przyjaciel walczący o ochronę lodowców) i stara się wykorzystywać wiedzę w praktyce.

Warto wspomnieć, że jest to bardzo islandzka książka – lodowce, małe społeczności, wszechobecne połączenia między ludźmi i naturą. Książka o szukaniu i przyjmowaniu odmiennych perspektyw, trosce i nadziei. W kraju, gdzie dyskurs medialny i rządowy dawno już osierocił rzeczywistość, a każdy pragnie być autorytetem w każdej dziedzinie, skomplikowane poszukiwania Magnasona mogą okazać się wspaniałą lekcją pokory i impulsem do zmian.

Andri Snær Magnason, O czasie i wodzie, tłum. J. Godek, Karakter 2020.

 

Czytaj więcej »
on września 22, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
bookme/blog
Starsze posty

lutego 06, 2020

#10 Życie (czyli ewentualna śmierć) (Claudio Magris, Migawki)

„Pewne miejsca stają się jednym i tym samym z naszą osobą, są formą naszej relacji ze światem”. Claudio Magris powraca do miejsc, tematów i cytatów znanych już z jego twórczości. Tym razem nie spogląda jednak na świat bezpośredni poprzez pryzmat literatury i historii, lecz pozwala sobie na mniej zdyscyplinowane spojrzenie przechodnia w mieście życia.

„Z tarasu widać całe miasto, jego światła w mroku nocy, łagodne linie kopuł i wzgórza w ciemności. Small talk – przy stołach zastawionych jak należy z okazji doskonałej kolacji – gubi się w brzęku kieliszków i sztućców; słowa i głosy są wymienne, należą do wszystkich i do nikogo, podobnie jak historie, które przydarzyły się temu, kto siedzi obok, lecz które mogły równie dobrze przydarzyć się komuś, kto siedzi naprzeciwko, szept rozlegający się w przyjemnym i obojętnym pogłosie”. A pomiędzy nimi pisarz, wbrew zapowiedziom robiący użytek nie tylko ze zmysłu wzroku, ale i nadstawiający uszu. Obserwuje, dopowiada, zatrzymuje.

Takie są Migawki, lecz to nie same obserwowane zjawiska zdają się najważniejsze, lecz to kto i w jaki sposób opowiada te małe historie. A Magris opowiada je w taki sposób, że odpowiedź na pytanie „w jaki sposób?” zawiera się w odpowiedzi na pytanie „kto?”. Czuły ironista. Ktoś, kogo słucha się z przyjemnością.

Przed kilkoma laty pisarz gościł na Festiwalu Conrada w Krakowie. Po rozmowie w obecności publiczności został jeszcze na chwilę na scenie, aby podpisać książki i dać się poznać osobiście. Nie odważyłem się stanąć w kolejce, nie ułożyłem w myślach krótkiego zdania dziękczynnego (w jakim języku? Po angielsku czy lepiej po niemiecku? Ale jeśli po niemiecku, to pewnie popełnię błąd, a on jest przecież germanistą! Czy ktokolwiek nie boi się germanistów?) i podetknąć książkę do podpisu (której i tak nie miałem przy sobie). Zamiast tego stanąłem za kulisami, tak by móc obserwować pisarza z boku, jak wita się i rozmawia z czytelnikami., w jaki sposób się uśmiecha, jak porusza dłońmi. Zdawało mi się, że z pozycji obserwatora, wolny od nerwów i przejęcia uczestnika, dowiem się, dostrzegę odrobinę więcej. Zrobiłem mu tamtego dnia własną migawkę.

A jakim jawi się ów triestino w opublikowanych przez Wydawnictwo Literackie spojrzeniach? Pełen ciepłej ironii, „ojcowski i serdeczny, z odrobiną melancholii w tej swojej uprzejmości”, uczestnik „odysei życia (spania razem, starzenia się, a przede wszystkim wspólnego odkrywania i kochania świata)”, „w którym pełnia lata rozpala i zaciera wszystkie barwy chwały i tęsknoty”. W Migawkach częściej też daje znać o sobie jego wyrozumiały, choć konserwatywny światopogląd, a wzajemne stosunki z rzeczywistością czasami bywają „uprzejme, chociaż nieprzesadnie serdeczne”.

Przede wszystkim jednak jest to książka o towarzyszącej życiu śmierci. Dedykowana rodzicom, wypełniona niezauważenie zniknięciem żony Marisy, tropiąca objawy „zwykłej obojętności życia wobec śmierci”. Momentami zbiór ten sprawia wrażenie pożegnalnego – lekkiego i powolnego umierania z widokiem na morze. Nic przecież dziwnego, skoro „żyć jest bardzo niezdrowo, kto żyje, ten umiera” – są to słowa Stanisława Jerzego Leca albo, być może, właściciela oberży u stóp wzgórza San Giusto w Trieście.

Claudio Magris, Migawki, tłum. J. Ugniewska, Wydawnictwo Literackie 2019.

 


Czytaj więcej »
on lutego 06, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
esencjonałki
Starsze posty

lutego 06, 2020

#9 Plac Magdeburski, dawny Wolności (Mikołaj Łoziński, Stramer)

"Powieść jest jak zwierciadło, które obnosi się po gościńcu” – podyktował Stendhal i być może miał rację w stosunku do XIX-wiecznej Wielkiej Powieści. Mikołaj Łoziński zaś nosi w ręku małe lusterko i krążąc po skraju drogi podtyka je pod twarze zwykłych ludzi, jednocześnie stale w nim podpatrując, co też dzieje się pośrodku gościńca historii. I być może ma rację, tworząc tym samym świetną powieść na miarę czasów.

Proza Łozińskiego jest zbudowana na subtelnościach, niedopowiedzeniach, przemilczeniach. W debiutanckim Reisefieber to styl, te jego lekkie tknięcia w materię rzeczy zadecydowały o udanej próbie literackiej, nie zaś sama historia. Następna Książka opowiadała zaś o interesującej historii rodzinnej, tak pełnej tajemnic i przemilczeń, że styl skupiony na sugerowaniu i niedopowiedzeniach, skądinąd wydawałoby się bardziej odpowiedni niż drobiazgowe i nieustępliwe śledztwo, okazał się historię przytłaczać. Nie była to lektura udana, ale pozwalam sobie domniemywać, że przy którymś ponownym czytaniu Książki całość mnie jednak zachwyci. Stramer  zachwycił mnie od pierwszej strony. Styl subtelny, żywy, lekki, pełen wyrazu – mimo większych ukłonów w stronę gatunków popularnych Łoziński pozostał mistrzem języka przystępnego i skomplikowanego zarazem. Inaczej niż w poprzednich książkach zaś sprzymierzył go z tradycyjną (po części) narracją i zawierzył opowieści. Styl, by móc go w pełni docenić, musi czasami stać się niemal niewidzialny, przezroczysty, i w pewnym sensie konieczny, wywrzeć na czytelniku takie wrażenie, aby został przekonany, że dana historia miała prawo wybrzmieć jedynie w taki to, a nie inny, sposób.

Nathan, Rywka, Rudek, Salek, Rena, Hesio, Nusek, Wela – autor przybliża perspektywy bohaterów jednocześnie trochę udając, że stara się patrzeć ich oczami, lecz tak naprawdę pozostaje wierny własnemu spojrzeniu. Nie jest to historia opowiedziana z różnych punktów widzenia, to raczej wiedza kolektywna, spojrzenie na świat wielu oczu jednej rodzinnej duszy. Rzecz to niezwykła – chociaż opowiada się o jednostkach, to wybrzmiewa zawsze całość; nie powstała bajka o nierozłącznej zażyłości rodziny, ale ten bohater zbiorowy zyskuje własną, odrębną – choćby czasami skonfliktowaną i ukrywającą przed sobą samym wiele szczegółów – tożsamość. To historia o żydowskiej rodzinie w przededniu, historia jej członków z sympatią obejmowanych ramieniem autora. To właśnie narratorska czułość najsilniej decyduje o wielkości tej powieści.

Mikołaj Łoziński, Stramer, Wydawnictwo Literackie 2019.


 


Czytaj więcej »
on lutego 06, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
esencjonałki
Starsze posty

lutego 06, 2020

#8 Sygnatura miejsca (A.Wodnicki, Contrapunctus)

Nie zamierzałem kupować tej książki. Zamówiłem w sklepie internetowym Moją Florencję Roberto Salvadoriego. Poszedłem odebrać zamówienie, byłem rozkojarzony. Zapłaciłem, wziąłem do ręki i dopiero wówczas spojrzałem – Contrapunctus, wydany w tej samej serii wydawnictwa Austeria, „Z rękopisów”, co Salvadori. Być może pomyliłem się przy zamawianiu, być może magazynier pomylił dwie niemal identycznie wydane broszurki. Nie zwróciłem jej jednak. Należy czasem zaufać przypadkowi.

„to w co uwierzysz / zostanie” – tak zaczyna się esej Wodnickiego, którego przedstawię przy innej okazji. Zaczyna się od wiersza z nieopublikowanego zbioru „Majaki” z 1953 roku. Contrapunctus wydano w 2020. Samo to już coś znaczy. Nie ma tu różnicy pomiędzy warstwami czasu, nie ma jej też pomiędzy prawdą a zmyśleniem. Przestrzeń Arles i historia współistnieją z mitem i kreacją. „między rzeczywistością a halucynacją – na obszarze wypełnionym znakami”, przestrzeni określanej przez Platona jako chora.

Jest takie miejsce w Poznaniu, na Wronieckiej, gdzie czas się niemal zatrzymał, gdzie dawno już temu urządzono bibliotekę sztuki. Ciężkie tomu albumów wykrzywiają ciasno upakowane półki, z braku miejsca na książki, w alejkach mających służyć ludziom, ustawiono metalowe regały poprzechylane dziś na różne strony – nigdzie nie trzymają pionu. Zajęte korytarzyki, wnęki książek są bodajże po to, by czytelnika nie wypuścić. Tam też powraca do mnie spojrzenie Wodnickiego, które sugeruje, że już to wszystko przeczytał, ale chętnie zrobiłby to jeszcze raz. Spojrzenie, które dostrzega świat zaczarowany na nowo, świat przebóstwiony zapomnianymi, smutnymi bogami. Io, woła, chcąc tych bogów przywołać. „Człowiecze nie łap ich za rękę, nie próbuj zatrzymać, ciesz się, że jesteś śmiertelny”. Noli me tangere, będące już jedynie echem.

 

Adam Wodnicki, Contrapunctus, Austeria 2019.


Czytaj więcej »
on lutego 06, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
esencjonałki
Starsze posty
Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

Popularne posty

  • #7 Niejaki Gwyn (A.Baricco, "Mr Gwyn")
    Baricco stworzył wariację na stary temat – „pisarz, pisząc, ukrywa się i maskuje” – jednocześnie samemu będąc w powieści wyraźnie, choć w sp...
  • #2 Henry James, Plac Waszyngtona
    Henry James, pisarz, amerykański ekspata w Anglii (gdzie kolegował się ze współczesnymi mu pisarzami, m.in. z Conradem), brat filozofa, był ...
  • #4 Alessandro Baricco, Zamki z piasku
    Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest zła powieść. Nie jest też wybitna. Warto czy nie warto ją przeczytać? Nie słychać odpowiedzi. Czas zerw...

Archiwum

WYSZUKAJ

esencjonałki

Etykiety

bookme/blog esencjonałki
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 esencjonałki. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.