"Powieść jest jak zwierciadło, które obnosi się po gościńcu” – podyktował Stendhal i być może miał rację w stosunku do XIX-wiecznej Wielkiej Powieści. Mikołaj Łoziński zaś nosi w ręku małe lusterko i krążąc po skraju drogi podtyka je pod twarze zwykłych ludzi, jednocześnie stale w nim podpatrując, co też dzieje się pośrodku gościńca historii. I być może ma rację, tworząc tym samym świetną powieść na miarę czasów.

Proza Łozińskiego jest zbudowana na subtelnościach, niedopowiedzeniach, przemilczeniach. W debiutanckim Reisefieber to styl, te jego lekkie tknięcia w materię rzeczy zadecydowały o udanej próbie literackiej, nie zaś sama historia. Następna Książka opowiadała zaś o interesującej historii rodzinnej, tak pełnej tajemnic i przemilczeń, że styl skupiony na sugerowaniu i niedopowiedzeniach, skądinąd wydawałoby się bardziej odpowiedni niż drobiazgowe i nieustępliwe śledztwo, okazał się historię przytłaczać. Nie była to lektura udana, ale pozwalam sobie domniemywać, że przy którymś ponownym czytaniu Książki całość mnie jednak zachwyci. Stramer  zachwycił mnie od pierwszej strony. Styl subtelny, żywy, lekki, pełen wyrazu – mimo większych ukłonów w stronę gatunków popularnych Łoziński pozostał mistrzem języka przystępnego i skomplikowanego zarazem. Inaczej niż w poprzednich książkach zaś sprzymierzył go z tradycyjną (po części) narracją i zawierzył opowieści. Styl, by móc go w pełni docenić, musi czasami stać się niemal niewidzialny, przezroczysty, i w pewnym sensie konieczny, wywrzeć na czytelniku takie wrażenie, aby został przekonany, że dana historia miała prawo wybrzmieć jedynie w taki to, a nie inny, sposób.

Nathan, Rywka, Rudek, Salek, Rena, Hesio, Nusek, Wela – autor przybliża perspektywy bohaterów jednocześnie trochę udając, że stara się patrzeć ich oczami, lecz tak naprawdę pozostaje wierny własnemu spojrzeniu. Nie jest to historia opowiedziana z różnych punktów widzenia, to raczej wiedza kolektywna, spojrzenie na świat wielu oczu jednej rodzinnej duszy. Rzecz to niezwykła – chociaż opowiada się o jednostkach, to wybrzmiewa zawsze całość; nie powstała bajka o nierozłącznej zażyłości rodziny, ale ten bohater zbiorowy zyskuje własną, odrębną – choćby czasami skonfliktowaną i ukrywającą przed sobą samym wiele szczegółów – tożsamość. To historia o żydowskiej rodzinie w przededniu, historia jej członków z sympatią obejmowanych ramieniem autora. To właśnie narratorska czułość najsilniej decyduje o wielkości tej powieści.

Mikołaj Łoziński, Stramer, Wydawnictwo Literackie 2019.


 


Brak komentarzy