Uwe Rada, niemiecki dziennikarz-hydrofil z zacięciem historyka, pisze szczere książki. Nie szuka (na siłę) rozbudowanych metafor, nie wypatruje oznak chytrości rozumu zawiadującego historią. Rusza nad Adriatyk i rzetelnie, ciekawie oraz odrobinę nostalgicznie odkrywa przed czytelnikiem historie, które można usłyszeć w okolicy. Tylko tyle – i aż tyle.
Kiedyś czytałem Niemen Rady przez pryzmat Dunaju Claudio Magrisa. Tym razem nie popełniłem tego błędu i nie porównywałem wyprawy rozpoczynającej się we Włoszech z esejami podróżnymi Dariusza Czaji. I nawet nie chodzi o to, że to całkiem inna liga estetyczno-filozoficzna. Najważniejsza różnica, zdaje się, leży w czym innym – tam, gdzie Magris doszukuje się nieciągłości i wieloznaczności, a Czaja tropi niewyraźne ślady i widmowe obecności, Rada z całym przekonaniem dostrzega ciągłość.
„Po raz kolejny dzięki Adriatykowi możliwe było zarówno zachowanie pamięci o tym, co minęło, jak i stawienie czoła nadchodzącym dniom”. Nieważne, czy Niemiec stawia stopę w Bari, Kotorze czy Rijece, czy odwiedza Friulię, Istrię czy wybrzeże Albanii, wszędzie odnajduje trwałość i zakorzenienie w historii regionu oraz kieruje wzrok w miejsca, które stać się mogą tegoż przyszłością. Nie unika trudnych pytań, wspomina to, o czym wielu chciałoby zapomnieć – ale akceptuje to wszystko w imię dającej siłę wytrwałości historii. Również sama autobiografia autora odsłania się czasem jako jeden z regionów Adriatyku.
Nostalgiczne poszukiwania w Rimini – „Nie wierzę już, że je odnajdę…” – kończą się porażką pamięci. Rada jednak szuka dalej, aż znajdzie. Sam nie będąc w stanie odnaleźć istriańskiego domu przed którym sfotografował się jako dziecko, woli polegać – jak w całym eseju – na pamięci innych. „Widzisz?” – mówi miejscowy. „To ten sam dom. Tylko palma pod balkonem tymczasem trochę urosła”. Nasz Uwe przedstawia świat z ufnością dziecka.
![]() | ||
|
